Reklama

fakty.wwl - Gazeta Powiatowa

Gazeta Powiatu Wołomińskiego Pismo bezpłatne Wołomin, Kobyłka, Zielonka, Radzymin, Marki, Klembów, Ząbki. Tłuszcz, Dąbrówka, Strachówka, Poświętne, Jadów

Jesteś tutaj:

Główna treść strony

„Rój” w Nowym Cygowie

Data: 01.03.2018 r., godz. 11.00   
Jesienią 1950 roku w Nowym Cygowie w gospodarstwach Stanisława Zacheji i Jana Wróbla (na zdjęciu) ukrywał się oddział Narodowego Zjednoczenia Narodowego (NZW) st. sierżanta Mieczysława Dziemieszkiewicza ps. „Rój”. Jan Wróbel miał wówczas 18 lat. W artykule przybliża okoliczności tamtych wydarzeń.
St. sierżant Mieczysław Dziemieszkiewicz ps. „Rój” dowodził oddziałem Narodowego Zjednoczenia Wojskowego na północnym Mazowszu w rejonie: Ciechanowa, Pułtuska i Nasielska. Pierwszy raz patrol NZW zawitał do Nowego Cygowa wiosną 1950 roku, kiedy podróżował w stronę powiatu garwolińskiego. „Rój” był w posiadaniu informacji, że na jego terenie przebywa komunista – płk Piotr Jaroszewicz. Oddział planował wziąć go do niewoli i zażądać w zamian uwolnienia więźniów politycznych z powiatu ciechanowskiego. Ostatecznie zasadzka zakończyła się niepowodzeniem, bo Jaroszewicz udał się wcześniej do Warszawy.



Człowiek o wielkim sercu

„Rój” i jego oddział, składający się z trzech żołnierzy, wrócili ponownie do Nowego Cygowa w październiku 1950 r. Nasze gospodarstwo i rodziny Zachejów były położone na uboczu, między drzewami, dlatego stanowiły dla partyzantów bardzo dobrą kryjówkę. Schowek na broń urządzili sobie w gospodarstwie Zachejów. Byliśmy liczną rodziną. Dwie najstarsze siostry mieszkały już u mężów. Jednak w naszym domu nadal było osiem osób – rodzice i sześcioro dzieci. Pomimo to znalazło się miejsce dla żołnierzy niepodległościowego podziemia. Pamiętam jak matka częstowała partyzantów zupą. „Rój” był inteligentnym człowiekiem o wielkim sercu. Lubił rozmawiać i żartować. Szczególnie przepadał za dziećmi. Był dla mnie jak ojciec. Często też bawił się z moim młodszym rodzeństwem. St. sierż. Dziemieszkiewicz bardzo nie lubił komuny. Nie ukrywał się też ze swoją antypatią do nich. Jak widział komunistę to najchętniej zabiłby go na miejscu. Żołnierze nie informowali nas o swoich działaniach, a wszystko było utrzymane w największej tajemnicy.

Działalność w konspiracji

Bywały dni, że partyzanci znikali na jakiś czas. Dziś już wiemy, że w tym okresie oddział NZW przeprowadził kilka akcji. Jedną z nich był napad rabunkowy na biuro Samopomocy Chłopskiej w Pustelniku. Dzięki zdobytym w ten sposób pieniądzom, oddział mógł nadal trwać w konspiracji. Kilka dni po tej akcji żołnierze zdecydowali się opuścić nasze gospodarstwo. 20 października 1950 r. partyzanci zaprzęgli konia do furmanki i zawiozłem ich do stacji PKP w Klembowie. Gdy przejeżdżaliśmy przez Laskowiznę, spostrzegliśmy dwa światełka zbliżające się do nas drogą. Żołnierze byli przekonani, że to obława. Wyskoczy z furmanki uzbrojeni w granaty, ale na szczęście skończyło się na strachu. Były to tylko dzieci. Do stacji w Klembowie dotarliśmy już bez problemów. Tam oddział wsiadł do pociągu jadącego na dworzec Warszawa Wschodnia.
Jak się później dowiedziałem, po dotarciu na dworzec jednemu z żołnierzy wypadła broń. Partyzanci rzucili się do ucieczki. Niestety, milicjanci zdołali aresztować jednego z nich – Wincentego Morawskiego, który w wyniku śledztwa wyjawił, że oddział ukrywał się w Nowym Cygowie.
Funkcjonariusze Urzędu Bezpieczeństwa (UB) stawili się u nas 18 listopada 1950 r. Matka zawczasu nakazała młodszym braciom, Frankowi i Tadkowi biec co sił przez pola do siostry Zosi, do Wołomina, mieszkała tam z mężem Władysławem Orychem na ulicy Lipińskiej.
Pamiętam ten dzień jak dziś. Baliśmy się. Gdy funkcjonariusze zaczęli przeszukiwać dom zobaczyli zdjęcie mojego ojca Józefa z marszałkiem Józefem Piłsudskim. „Zobacz! Sk***ysyny zdrajcy! Cała rodzina Piłsudskiego!”, mówili. Następnie rzucili zdjęcie na podłogę i go podeptali. Mój ojciec był ordynansem Piłsudskiego. Ubecy użyli wobec nas siły. Nie oszczędzili nawet matki. Pamiętam jak błagała: „Córki ratujcie!”. Wszyscy domownicy, oprócz chłopców, zostali aresztowani.
Ubecy skonfiskowali też nasze mienie, zabrali wszystko m.in. krowy, konie. Ostał się tylko kot i pies. Jak później się dowiedziałem, Franek i Tadek nie dotarli do siostry i błąkali się po okolicy. Na szczęście nimi i gospodarstwem zajęła się rodzina Kruków.
Najgorsze były przesłuchania. Nie chciałem się przyznać, więc nie mieli dla mnie litości. Gdy jeden ubek mnie dociskał, pozostali bili, np. po plecach. Na początku bolało, ale potem ciało zdrętwiało i nic już nie czułem. Do dziś zostały mi po tym katowaniu dwa wgłębienia na plecach. I robili to Polacy Polakowi...

Więzienie i kopalnia


16 grudnia 1950 r. odbyła się pokazowa rozprawa na placu 3 maja w remizie strażackiej w Wołominie. Sędziowie skazali Stanisława Zacheję i mojego ojca na karę śmierci, a mnie na 8 lat więzienia. Taki los spotkał wszystkich aresztowanych.
Wysłali mnie do więzienia we Wronkach koło Poznania. Pierwsze 1,5 roku spędziłem w celi. Wypuścili nas po śmierci Józefa Stalina. Byłem wrakiem człowieka, ważyłem około 40 kg. Po miesiącu zesłali mnie do pracy przymusowej w kopalni. Dostawałem najgorsze dziury. Zostałem nawet zasypany przez węgiel. Jeden dzień robót liczyli mi jak dwa. W kopalni spędziłem dwa i pół roku. W sumie odsiedziałem 4 lata. I tak miałem ogromne szczęście. Śmierć Józefa Stalina uratowała mnie przed pewną śmiercią. Gdyby Stalin nie umarł, trafiłbym razem z 300 mężczyznami w wieku 18-30 lat, do łagru na Sybir. Byliśmy już wyszykowani do podróży na wschód i raczej nie mielibyśmy tam szans na przeżycie.
Mój ojciec odsiedział 6 lat. Zmarł niedługo po powrocie do domu, w grudniu 1957 r. Majątek odzyskaliśmy po 1956 r. Jednak już od dłuższego czasu stoi opuszczony. Kilka lat temu spłonął w wyniku celowego podpalenia. Na początku lat 90 otrzymałem odszkodowanie m.in. w postaci dodatku kombatanckiego i do światła.
Wspomnienia mimo upływu tylu lat, są jednak wciąż bardzo żywe...



Jan Wróbel