Reklama

fakty.wwl - Gazeta Powiatowa

Gazeta Powiatu Wołomińskiego Pismo bezpłatne Wołomin, Kobyłka, Zielonka, Radzymin, Marki, Klembów, Ząbki. Tłuszcz, Dąbrówka, Strachówka, Poświętne, Jadów

Jesteś tutaj:

Główna treść strony

O polityce historycznej

Data: 01.09.2016 r., godz. 09.00   
Co to jest „polityka historyczna”, komu z nas jest potrzebna (a może nie jest – skoro „polskość to nienormalność”) i jaki ma sens jej uprawianie dziś w świecie, w którym podobno „historia się skończyła”!? To wszystko pytania, które narzucają się akurat dzisiaj ze szczególnym nasileniem (zaczynam pisać ten tekst o godzinie 17.00 pierwszego sierpnia).
Zastanawiamy się też nad tym, jak na tę politykę patrzeć, oceniać ją. Kto ma rację w toczonych sporach i z jakiego powodu mają one miejsce i czy generalnie mają jakikolwiek sens. Już na samym początku widać, że więcej pytań niż przygotowanych odpowiedzi na te pytania, a może po prostu należy stwierdzić, że w naszych warunkach nie ma po co się „napinać”. Bo i tak odpowiedzi, która będzie wiarygodna, nie otrzymamy.
Pierniczymy (alternatywnie chrzańmy) więc wszystko, nie interesujemy się niczym – ważny „gryll, karkóweczka & pyffko lub cokolwiek mocniejszego”, innym słowy „ciepła woda w kranie”, jeśli jest dobra pogoda. Pewno byłoby tak dużo wygodniej i bezpieczniej, nie narazilibyśmy się nikomu. Serio jednak – wszyscy naokoło „tego kraju” realizują swoje interesy w ten czy inny sposób, na pewno jednak każdorazowo używają do tego polityki (może lepiej powiedzieć – polityk) historycznej. 

Niemcy uciekają już od lat z obszaru „death zone Made in Germany”, twierdząc, że w czasie ostatniej wielkiej wojny mordowali nie oni, tylko bliżej niezidentyfikowani „naziści”, tylko czekać, aż pojawi się nowa kolejna forma egzystencji historyczno-politycznej, która (jak się niewątpliwie okaże) prześladowała wspomnianych „nazistów”. Nie można powiedzieć więc, by ten manewr wymyślony w zaciszu gabinetów polityków i BND się nie udawał. Wręcz przeciwnie, wspominana „intelektualna” ucieczka jest wyjątkowo skuteczna. 

Rosjanie twierdzą uparcie, że to nie oni współuczestniczyli we wrześniu 1939 roku w mordowaniu II RP i tym samym przyczynili się do rozpętania światowej zawieruchy, a jeśli nawet oni, to i tak (znowu) nie oni, tyle że i tak odpokutowali swoje grzechy z tamtego czasu, „wyzwalając” sporą część Europy spod niemieckiej okupacji. Powołują się przy tym na swoje liczne ofiary, sęk w tym, że spora ich część to efekt takiego, a nie innego prowadzenia przez nich walki (a także pomysłów polityczno-strategicznych „Soso”) i zarzucenia oszczędzania „czynnika ludzkiego” i w końcu strzelania przez własne „oddziały zaporowe” do dezerterów – u nich zawsze ludzi było „mnogo”, a jak mawiali klasycy „żeby być tchórzem w Armii Czerwonej, trzeba było być bardzo odważnym”. Ukraińcy zaś budują swoją narrację o bohaterach, opierając się na mitach UPA, nie bacząc przy tym, że konstruują ją na najgorszych antypolskich, antysemickich i w końcu antyhumanistycznych tradycjach – uznali bowiem, że inne (bo są takie) nie są na tyle istotne, by się na nich opierać i budować na przyszłość. 

To szczegóły, ale po co „oni” to wszyscy, wszystko robią!? Otóż, mam wrażenie (ba, pewność nawet), że w tych krajach, gdzie politycy poważnie traktują swoje obowiązki wobec wyborców, stwierdzono, że bez stworzenia idei, wokół której będzie można budować jedność społeczeństwa (wiem, wiem, brzmi to fatalnie, ale inaczej „tego” nie da się opisać), zdejmując z jego pleców wszelkie prawdziwe i urojone „garby”. Nie da się, bez powyższego, rady ruszyć gdziekolwiek (może być i w przepaść), a więc państwo (które i jakie by nie było) może mieć w niedalekiej perspektywie poważne problemy.
W przypadku Niemiec była to idea „niewinności”, w przypadku Rosjan (Rosji) wiara w to, że wszyscy maja się ich bać, podziwiać i słuchać, a kto nie chce tego robić, to „rusofob”. Ukraińców jestem jeszcze w stanie (od biedy i z dużym wysiłkiem) zrozumieć, są w potężnej opresji, tracą swoje terytorium, szukają drogowskazów, chwytając się potwornych przykładów jako tychże. Wszystkie wymienione wyżej metody uprawiania polityki historycznej łączy jeden dominujący element – kłamstwo. Ten element akurat z mojego punktu widzenia wyklucza prowadzenie porządnej polityki historycznej – ale „de gustibus est non...”.
U nas, parę lat temu (to pewnego rodzaju uproszczenie na potrzeby tego właśnie tekstu – ale uzasadnione), uznano inaczej. Stwierdzono mianowicie, że należy nas ucywilizować. „Cywilizowanie” połączone z manipulacją nieróżniącą się szczególnie od wspominanego wyżej kłamstwa miało stać się osią, wokół której zgromadzili się „światli, mądrzejsi i wszystkowiedzący” intelektualiści i „wybitni i uczciwi” politycy „obozu postępu”. Po drugiej stronie zostali ci (tacy jak ja na przykład) prymitywni, zawistni, niewykształceni, oburzający się na 1/2 prawdy historyczne i narzucanie „jedyniesłusznej” narracji o przeszłości i wqurwiający się, gdy pod hasłami „wolności i demokracji” władza wysyłała na Uniwersytet Jagielloński „kontrol” (bo była to właśnie komunistyczna „kontrol” a nie kontrola zarządzana w demokratycznym i przez demokratyczne państwo), bo „jakiś” magistrant napisał „u niewłaściwego profesora – niewłaściwą” pracę o Bolku (przepraszam Lechu Wałęsie), który nagle awansował z wyśmiewanego przez „tych pierwszych” głupka do roli ich autorytetu, o którym złego słowa powiedzieć nie wolno. 

Powie ktoś – uwagi nie na miejscu, bo niedefiniujące tego, o czym rozmawiamy, czyli „polityki historycznej”. Nieprawda – właśnie doskonale opisują to, co miało w latach 2007-2015 nazywać się „polityką historyczną”, a de facto nie było niczym innym niż lokowaniem swoich kolesi na stanowiskach „ideologicznych” w nagrodę za to, że zgadzali się udawać, że coś robią (bo nie wierzę, by dobry historyk czy humanista nie zadawał ciągłych pytań o na przykład „Kielce”, „Jedwabne”, rolę „Żydokomuny” w tworzeniu „polskiej” rzeczywistości po 1945 roku, „wypędzenia” Niemców, zadając równocześnie natrętne i ciągłe pytania o „polską winę” za całe zło na świecie), co per saldo wobec ogólnie opisanej wyżej aktywności naszych sąsiadów było de facto wywieszeniem „białej flagi” przy ciągłym udawaniu, że się jej wcale nie wywiesza i wmawianiu tego społeczeństwu, które nie jest „aż takie głupie, a nawet głupsze”. 

Sztuka „nicnierobienia” opanowana została do perfekcji. Nie ukrywam, że dziś, 1.08. mam nadzieję, że potrafimy zastanowić się nad swoją przeszłością i odpowiedzieć na pytanie o politykę historyczną, jaka jest potrzebna, by zdefiniować samych siebie i Polskę.
Piszę o tym „w ten sposób”, bo jak do tej pory nie widzę linii wytyczających kierunki uprawiania tej polityki. Podkreślam też z całą siłą, że do takiej rozmowy i definiowania kierunków potrzebna jest „prawda”, nie ma miejsca na takie wyczyny jak te ostatnie w wykonaniu Pani Minister Zalewskiej, ale nie ma też miejsca na manipulowanie słowami Pana Jarosława Szarka, którego dopuściły się media w odniesieniu do tych samych kwestii, do których nie potrafiła się odnieść Pani Minister (to tylko dwa przykłady głupoty i kłamstwa uderzającego w nas wszystkich). 

Musimy zadać sobie pytania o to, co i jak chcemy osiągnąć, myśląc o polskiej polityce historycznej. Musimy zdawać sobie sprawę, że rozmowa o polityce historycznej to nie tylko dyskusja o ideach, to także dbałość o jedność myśli i czynów (znów udało się uderzyć w patos), to także refleksja nad pozostałościami materialnymi naszej historii – część z nich pozostała poza granicami dzisiejszej Rzeczpospolitej. Taka refleksja nakłada też na nas bezwzględny obowiązek szacunku dla tego, co pozostało na naszych ziemiach po tych, którzy byli kiedyś ich gospodarzami, ale także i po tych, którzy zaproszeni przez Polaków przez wieki dzielili z nami wspólny dom, a dziś już ich nie ma z nami. To wszystko to wielki obowiązek i początek mądrej (mam taką przynajmniej nadzieję) dyskusji o przeszłości i przyszłości – o nas samych po prostu. 

Piotr Łysakowski